|
Blog > Komentarze do wpisu
Foot of the Mountain (2oo9)
Dzisiejszy rynek fonograficzny to swoiste pole bitwy. Wygrywa ten, kto krzyczy najgłośniej, najlepiej kręcąc przy tym nieopierzonym kuprem. Całe szczęście, że najnowsza propozycja norweskiej formacji a-ha nie jest debiutem, a powrotem weteranów popu, gdyż obawiam się że w przeciwnym razie mało kto zwróciłby na nią uwagę. Zespół ma rzesze wiernych fanów na całym świecie i to głównie do nich kierowany jest ten album. Stylistycznie Foot of the Mountain odwołuje się do pierwszych dokonań zespołu, co oznacza sporą ilość syntetycznych brzmień. Na niedawnych krążkach takowe się oczywiście również pojawiały (gdyż to znak rozpoznawczy bandu), jednak nie aż w takim stopniu. Do obecności elektroniki jako takiej nic nie mam, z jej zastosowaniem jest już natomiast zupełnie inna bajka. Utwory takie jak "Start the Simulator", "The Bandstand" czy "Riding the Crest" brzmią jakby żywcem wyjęte z jakiejś DOSowej gierki, aż myszką trąci. To, co było dobre w latach '80 XX wieku obecnie jest już tylko przebrzmiałym echem przeszłości. Jeśli o nastrój idzie, to na płycie niepodzielnie rządzi nostalgia. Jest to o tyle dziwny rodzaj melancholii, że wprawia w zadumę bardziej swoją celowością niż klimatem. O ile panom zdarzało się nieco smęcić już wcześniej, to nigdy nie byłem ich muzyką aż tak znużony. Im dłużej się temu materiałowi przysłuchuję, tym bardziej senny mi się wydaje. Tej rzewnej śpiewki nie ratuje nawet wokal Mortena Harketa. Jakkolwiek imponująca jest jego umiejętność brania dźwięków na bezdechu, nie zmienia to wrażenia, jakie wywarł na mnie repertuar. To nie jest tak, że kompletnie mi się nie podoba (świetne są numery 4, 6 i 8), gdyż jest to dobry zestaw piosenek, którym po prostu nie udało się do mnie dotrzeć. Uważam, że kapela nie powinna poruszać się tylko po znanych sobie rewirach, a próbować czegoś nowego, zaskakiwać. Zafundowano nam sentymentalną podróż w zamierzchłe czasy znanymi już ścieżkami, a nie jest to bynajmniej droga rozwoju. 6/10. poniedziałek, 05 października 2009, thelaststand
|
![]() ![]()
|
'Analogue' to to nie jest powiedzmy sobie otwarcie. Ale do mnie ta muzyka trafia. Syntezatory mi nie przeszkadzają, nie widzę nic złego w tym, że dwa czy trzy utwory z płyty nawiązują do wcześniejszych, wielkich zresztą dokonań.
Ponad całą płytę wybija się zwłaszcza utwór tytułowy, który jest po prostu mistrzostwem. Na potwierdzenie tych słów fakty - pierwsze miejsce na legendarnej Liście Przebojów Trójki.
Jakież ja mam szczęście, że w listopadzie zobaczę ich na żywo :D