Mieczysław Szcześniak. Na brzmienie tych słów, automatycznie zapala się w głowie lampka tytułem „Dumka na dwa serca”. Oprócz największego przeboju polskiej muzyki filmowej nagranego w duecie z Edytą Górniak, mało kto kojarzy dokonania tego pana. Dziś nieliczni już znają kultowe piosenki przewodnie z disneyowskich „Kaczych opowieści” i „Brygady RR” czy utwór promujący pełnometrażowego „Dzwonnika z Notre Dame”. Może pojedyncze osoby pamiętają jeszcze brawurowe wykonanie kompozycji Seweryna Krajewskiego na konkursie Eurowizji. Poza tym pustka, niesłusznie zresztą. W świadomości zbiorowej Mietek praktycznie nie istnieje. Nie jest ani kontrowersyjny, ani pyszny czy butny. Nie pcha się na afisze, jest głęboko wierzący i w dodatku umie doskonale śpiewać. Same niepopularne cechy.
Żal mi polskich artystów. Często niedoceniani, bez warunków do rozwoju. Albo nauczą się taplać w rynkowym błotku, albo zostaną zepchnięci na boczny tor. W Polsce nie brakuje wybitnych ludzi, natomiast brakuje odpowiednich okoliczności, żeby ich talent lśnił w pełni. Rodacy wcale nie są bardziej głusi niż mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, ale z jakiegoś powodu panuje przekonanie, że zagraniczni wykonawcy są bardziej „cool”. Zamiast wspierać, wypieramy się. Nic dziwnego zatem, że krajanie coraz częściej emigrują muzycznie. Na podobny krok zdecydował się Szcześniak. Jego najnowszy album powstawał na przestrzeni czterech lat w Londynie, Nashville i Los Angeles. To pierwszy, niemal w całości anglojęzyczny projekt Miecia. I tutaj wychodzi na jaw największy mankament wydawnictwa. Mianowicie akcent, który pozostawia nieco do życzenia. W paru momentach musiałem znacząco wytężyć słuch i domyślać się poszczególnych słów. Nie, żeby koledzy z rodzimego podwórka wypadali na tym tle lepiej, ale komuś nagrywającemu w światowych studiach również nie wypada. Powoduje to swego rodzaju dyskomfort podczas odsłuchu. Szczególnie doskwiera to w duetach z Wendy Waldman i Basią Trzetrzelewską, gdzie wyraźnie czuć różnicę poziomu. Na szczęście muzyka sama w sobie to język międzynarodowy, zrozumiały niezależnie od szerokości geograficznej. Emocje, jakie niosą ze sobą te piosenki są uniwersalne, każdy może się z nimi identyfikować. I tak, ciepłą barwą najlepszego męskiego wokalu Rzeczpospolitej maluje się opowieść o miłości, znakach, iluzjach, Bogu. Wątki religijne nie każdemu muszą odpowiadać, ale zapewniam że tak porywającej interpretacji budowy Arki Noego jak w utworze „Build that boat” jeszcze nie było. Cover piosenki „Save the best for last” Vanessy Williams to jedna z najlepszych przeróbek, jaką miałem przyjemność słuchać. W zasadzie to lepsza nawet od oryginału. I zgodnie z jej tytułem, najlepsze zaserwowano nam na sam koniec. Finałowy „Dreamer in you” to kompozycja tak czysta i poruszająca, że zwyczajnie brak mi słów aby dokładniej ją opisać. W ogólnym rozrachunku „Signs” to znakomity materiał, nawet pomimo kilku dłużyzn („Up down” i „Blessing”). Co prawda jego sprzedaż nie zwróci nawet kosztów ciągłych lotów między Polską a zagranicą w procesie jego tworzenia, ale jeśli dotarł choć do jednego słuchacza, to było warto. W końcu najkrótsza droga do serca wiedzie przez ucho i Mieczu przebył ją bez większych potknięć. 8/10.
Tracklista: 01. You can hear 02. Build that boat 03. Never be the same 04. Signs 05. Illusions 06. No angel 07. Every body and soul 08. Long way 09. Up down 10. Save the best for last 11. Rzeczy zmieniają się 12. Peace of mind 13. Dreamer in you
Polsatowski „Idol” stał się prekursorem wielkich produkcji typu talent show w Polsce. Na fali popularności programu wypłynął głównie Kuba Wojewódzki, który po dziś dzień etatowo grzeje stołki za panelem jurorskim. Sprawa z uczestnikami ma się trochę gorzej niż nadworny błazen telewizji. Ania Dąbrowska ma się dobrze, ale akurat ona i jej muzyka bronią się same. Brodka trzecim albumem pokazała się z innej, lepszej strony ale dopóki nie ma potwierdzenia w następnej płycie, wciąż może być to wypadek przy pracy. Tomek Makowiecki po ostatnich świetnych krążkach zaszył się w domowych pieleszach. Szymon Wydra nadal nie doszedł do siebie po namiętnym epizodzie z foką a o takich nazwiskach jak Flinta, Silski, Stach czy Zalewski pamiętają już tylko najstarsi telewidzowie. Jednak największego figla los spłatał Alicji Janosz. Debiutancka płyta zwyciężczyni pierwszej edycji odbiła się nie tyle echem co czkawką. Blisko dziesięcioletnią...
Nareszcie powróciła. Lepiej późno niż za późno. Po bolesnym falstarcie, mało kto dawał jej szansę na jakąkolwiek karierę. Janosz dała się wtłoczyć w wielką, bezduszną machinę, w której nie ma zmiłuj. Można dać się jej pożreć, byle nie zmielić, przetrawić i wydalić. Nową płytą udowodniła, że nie należy nikogo przekreślać. Podstawową różnicą jest to, że w nowym materiale czuć włożone weń serce. Alicja jest autorką wszystkich tekstów oraz współautorką części kompozycji. Zaczyna się dość niepokojąco. Pierwsze słowa „I woke up so happy” automatycznie przywołują na myśl analogiczne „zbudziłam się, nie było źle”. Dalej jest już tylko lepiej, ponieważ szybko okazuje się że prostactwo zamieniono na zwiewną prostotę. Materiał stanowią piosenki w języku polskim i angielskim, co nikogo już chyba nie dziwi. Co bardziej zaskakujące, część angielska jest zauważalnie lepsza. Może to zasługa faktu, że jest to język który zdzierży każdą głupotę pod warunkiem iż jest ona odpowiednio melodyczna. Nawet powtarzane 50 razy słowo-klucz „baby” wystarczy do nadania swoistego sensu. Ale bez obaw. Ala postawiła na prosty, ale celny przekaz emocjonalny. Prawda i dobra muzyka zawsze się obronią, i tak też jest w tym przypadku. Radość tworzenia aż promieniuje z każdej zawartej tu piosenki. Optymizm udziela się również słuchaczowi, który choć przez moment obcowania z tą muzyką poczuje się lepiej. Dawno nie było w Polsce tak dobrego repertuaru soulowego z domieszką jazzowej „improwizacji” (patrz np. „Hush/Hush”). Jeśli traktować kolejne albumy jako pewnego rodzaju podróż, to nareszcie Alex znalazła odpowiedni peron i wsiadła do pierwszej klasy, jednak z wyższą oceną wstrzymam się do kolejnej stacji. 8/10. Tracklista: 01. I Woke up so happy 02. Zawsze za mało 03. 10 mln $ 04. So much to me 05. Jest jak jest 06. Hush/hush 07. Jealous girl 08. Nie możesz 09. Fell in love 10. Not in my head 11. Nie tak
Termin „artysta” uległ w ostatnim dziesięcioleciu strasznej dewaluacji. Dziś artystą może być każdy, kto ma dość szczęścia by się wylansować w mediach i samozwańczo obwołać tym mianem. Bo jeśli artystą jest niejaka Candy Girl lub Paula Marciniak, to kim są postacie pokroju Zdzisławy Sośnickiej, Edyty Geppert czy Ireny Santor? Wiele można się nauczyć od starszego pokolenia, zwłaszcza tak wybitnie utalentowanego. Wspomniana już Irena Santor postanowiła dać lekcję artyzmu domorosłym pretendentom do tego tytułu. Pierwsza dama polskiej piosenki wcale nie musi się starać, żeby utrzeć nosa nieopierzonym żółtodziobom, nawet w wieku 76 lat. Różnica klasy jest miażdżąca.
„Kręci mnie ten świat” to album klasyczny, w możliwie najlepszym tego słowa znaczeniu. Blisko godzina pięknych kompozycji okraszonych rewelacyjnymi tekstami. Gdyby odrzeć płytę ze słów, zostałyby cudowne melodie funkcjonujące autonomicznie, natomiast gdyby zrobić rzecz analogiczną z tekstami, również nadawałyby się one do osobnej publikacji. U młodych twórców często muzyka odciąga uwagę od tekstu bądź na odwrót. Tutaj niczego tuszować nie trzeba. Części składowe są tutaj najwyższej próby i zostały połączone w perfekcyjnych proporcjach. Wyraźny stukot klawiszy, mięsiste brzdęki gitar czy urywane smyczki pozostają w idealnej symbiozie z treścią piosenek. I obojętnie czy jest to pastiszowa „Poduszka”, utrzymane w rytmie flamenco „Wakacje w Barcelonie” czy też „Mój uśmiech weź na drogę”, którego nie powstydziłaby się wczesna Maryla Rodowicz. Jeśli idzie zaś o dyspozycję najsłynniejszego mezzosopranu w Polsce, to nadal jest ona godna pozazdroszczenia. Czuć starą, dobrą szkołę wokalną. Oczywiście kondycja głosowa ulega pogorszeniu wraz z postępującym wiekiem, co momentami słychać kiedy uderza forte. Przykładowo „Mogłoby zostać jak jest” chwilami nieznacznie drażni ucho. Nie ma to jednak większego znaczenia. Santor to niekwestionowana gwiazda muzyki, świecąca blaskiem własnym, nie odbitym. W przeciwieństwie do tych wszystkich komet spadających przez nasz rynek, nie wypali się i nie przestanie olśniewać. Tak więc Panią Irenę kręci świat, u mnie zaś w czytniku bezustannie kręci się jej płyta. 9/10.
Tracklista: 01. Wakacje w Barcelonie 02. Wiara, nadzieja, miłość 03. Jeszcze jeden świt 04. Szanowny Panie Balzak 05. Wiosna w Karolinie 06. Nie narzekajmy na klimat (piosnka) 07. Mogłoby zostać jak jest 08. Poduszka 09. Nie przestanę wierzyć 10. Na tej pożółkłej fotografii 11. Tylko nie ma tego czegoś 12. Mój uśmiech weź na drogę 13. Póki słońce ma blask 14. Śpiewam czyli jestem
Ząb zupa zębowa, dąb du… Upssss… Nie ta bajka. Istnieje mit, że dziecko które zostawi mleczny ząb pod poduszką, otrzyma w zamian pieniążek od zębowej wróżki. I tak, obok Świętego Mikołaja i Zajączka Wielkanocnego mamy kolejną światopoglądowo wyniszczającą postać dla dorastających dzieci. I choć ze względu na mniejszą popularność nie posiada takiego pola rażenia, nadal jest zjawiskiem społecznie szkodliwym. Kto nie wierzy, niech sięgnie po nowy film buńczucznie firmowany nazwiskiem Guillermo del Toro i sam się przekona.
Słynny Hiszpan wbrew wabikowi na plakacie nie pełni tu roli reżysera. Autor sukcesu „Labiryntu Fauna” odpowiada za scenariusz, dość szczerbaty zresztą. Nie wiem czy gdyby poprowadził obraz, udałoby się uniknąć tak wielu ubytków w uzębieniu. Zaczyna się obiecująco, niestety im dalej w tej szczęce, tym próchnica większa. Zakradło się zbyt dużo uproszczeń scenariuszowych i oklepanych rozwiązań. Jak to zwykle bywa, mamy zagubioną dziewczynkę, którą najbliższe otoczenie ignoruje i pozostawia samej sobie. Kiedy dziecko zachowuje się dziwnie, dorośli zwalają wszystko na karb przeprowadzki (koniecznie do mrocznej posiadłości), rozłąki z matką i słabych zdolności adaptacyjnych. Oczywiście pocieszenie i zrozumienie znajduje ona w prastarych istotach, wyjątkowo niezdrowo nią zainteresowanych. Naturalnym jest też, że gdy człowiek słyszy podejrzane i przerażająco brzmiące głosy, postanawia się z nimi zaprzyjaźnić. Dziecko jest z natury bojaźliwe, a zarazem ciekawskie. Która z tych dwóch – pozornie wykluczających się – cech zwycięży? Strach czy ciekawość? Odpowiedzią na to pytanie jest rzecz jasna głupota, bo inaczej się tego nazwać nie da. W zasadzie nie mamy nawet do czynienia z filmem grozy, gdyż w trakcie seansu wielu przerażających scen nie uświadczymy. Początkowo napięcie jest umiejętnie budowane, następnie szybko się ulatnia zanim jeszcze dojdzie do punktu kulminacyjnego. To tak jakby nadmuchiwać balon i tuż przed jego pęknięciem i potwornym hukiem spokojnie spuścić powietrze. Film broni się udaną warstwą wizualną, jeszcze lepszą muzyczną oraz rewelacyjnym prologiem i epilogiem. Na wyróżnienie zasługuje również udana kreacja młodziutkiej Bailee Madison, która mam nadzieję nie zostanie kolejnym wiecznym cudownym dzieckiem Hollywood a okaże się pełnowartościową aktorką. Wraz z końcem recenzji dochodzę do smutnej konstatacji, iż szkliwo z wrażenia mi nie pękło. 5/10.
Dzisiejsze polskie kino popularne omijam szerokim łukiem. Oprócz kilku chwalebnych wyjątków, krajowa kinematografia leży w gruzach. Wtórność, katastrofalne scenariusze, wymuszone dialogi czy naciągana akcja to tylko niektóre z kardynalnych grzechów popełnianych przez naszych filmowców. Dzieła zniszczenia dopełniają wciąż te same, opatrzone twarze. Trafienie na obraz, w którym nie występuje Karolak, Adamczyk czy Socha graniczy z cudem. Bardziej prawdopodobne jest spotkanie yeti lub ufo, gdyż te ktoś podobno widział. Jeszcze inną sprawą jest fakt, że każda z tych produkcji różni się od poprzedniej chyba tylko tytułem. Ale nie zawsze tak było, czego doskonałym przykładem są „Dziewczyny do wzięcia” w reżyserii Janusza Kondratiuka z 1972 roku. Ta krótka, bo zaledwie 45-minutowa etiuda przedstawia historię trójki wiejskich dziewczyn podróżujących do stolicy w celu zapoznania „doktora, inżyniera lub wszystko jedno kogo, byle na stanowisku”. Jak to mówią, można wyjechać z wioski, ale wioska nie może wyjechać z człowieka. I tak widz obserwuje mentalne zagłębie nie tylko w wykonaniu trzech przyjaciółek, ale również ich nieporadnych adoratorów. Perfekcyjnie rozpisane dialogi, brawurowe aktorstwo (zwłaszcza odtwórczyń żeńskiego trio) i doskonały czas projekcji. W dobie rozciągniętych filmów z upychanymi na siłę, absolutnie zbędnymi scenami taki mini-obraz to objawienie. 3 kwadranse i ani jednej niepotrzebnej sekwencji. Całość ogląda się jednym tchem, bez chwili na ziewnięcie. Dłuższy metraż w tym konkretnym przypadku byłby wysoce niewskazany. Jedynym nieprzystającym elementem w tej układance jest muzyka Czesława Niemena, która sprawia wrażenie, jakby nie została napisana pod obraz, tylko w nim wykorzystana. Jakkolwiek wielkim był on artystą, nijak ten psychodeliczny zestaw dźwięków ma się do tego, co widzimy. Nie tylko nie komplementuje wizji, ale wprost się z nią kłóci, co nieznacznie obniża końcową notę. 9/10 dla świętej trójcy Szykulska/Pielach/Regulska.
Kora – Ola! – Voila. Nareszcie jest, pachnące nowością muzyczne dziecko Olgi Jackowskiej. Eks-wokalistka legendarnego Maanamu w przerwach w jurorowaniu znalazła czas aby stworzyć zupełnie nowy repertuar. Co prawda ostatni album zaserwowała nie tak znowu dawno temu, bo w 2008 roku, jednak nie był to w pełni autorski materiał. Tym razem w nasze ręce i napędy trafia 10 premierowych kompozycji. O tym, czy okazały się one przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, dowiecie się w dalszej części recenzji. W przeciwieństwie do poprzedniego wydawnictwa („Metamorfozy”), wszystkie pozycje na krążku odznaczają się brzmieniem „żywych” instrumentów. Brak syntetyki z pewnością ucieszy ortodoksyjnych fanów piosenkarki, przyzwyczajonych do bardziej tradycyjnie pojmowanej muzyki. Warstwa tekstowa płyty utrzymana jest w typowej dla Kory poetyce. To w praktyce oznacza teksty idealnie skrojone na potrzeby własne oraz konkretnych słuchaczy, dla których są przeznaczone. Wierna swojej wrażliwości gwiazda mierzy w ściśle określony target, a co za tym idzie nie każdemu potencjalnemu odbiorcy się spodoba. Już teraz wiadomo, że krążek nie zawojował list sprzedaży, ale wydaje się iż wcale nie było to jego celem nadrzędnym. Lepiej mieć publiczność mniejszą, ale za to oddaną i świadomą. I choć artystka niczym nie zaskakuje, to z pewnością również nie zawodzi oczekiwań. Wszystkie numery nie schodzą poniżej pewnego, bardzo wysokiego poziomu. Obojętnie czy mówimy o tytułowym singlu czy jakiejkolwiek innej składowej całości. Jakieś 15 lat temu każdy z tych utworów miałby realne szanse stać się ogólnopolskim hitem, dziś realia są jednak inne. Kora nie jest już głosem pokolenia jak w latach ’80 ubiegłego wieku, dlatego pobrzmiewają tutaj zaledwie echa dawnej świetności. Szczęśliwie nie jest to miarą sukcesu artystycznego i niegdysiejszy lodołamacz rodzimej sceny muzycznej i dziś zasługuje na słowa uznania. 9/10.
Tracklista: 01. Ping pong 02. Strefa ciszy 03. Przepis na szczęście 04. Radiowa fala 05. Nie jestem biała i nie jestem czarna 06. Spójrz w oczy chwili 07. Nigdy nie zamknę drzwi przed tobą 08. Czarna żmija 09. Jak narkotyk 10. Jedno słowo wszystko zmienia
Wszędzie krwiopijcy, gdziekolwiek nie spojrzysz. Wykorzystujący Cię jako tanią siłę roboczą szef, żona dla której miarą Twojej atrakcyjności jest zasobność portfela oraz nastawione na czysty konsumpcjonizm dzieci. Te ostatnie mają to do siebie, że czasami zaciągają do kina.... a tam sprawy wcale nie mają się lepiej. Mrok kinowej sali okazał się idealny dla grasującej antyreklamy stomatologii. Ciężko powiedzieć kiedy dokładnie wampiry z dostojnych, budzących przerażenie potępieńców zmieniły się w miałkie do granic możliwości, wymuskane mimozy. Swój niewątpliwy udział w tym procesie (procederze?) mają wątpliwej klasy bohaterowie sagi „Twilight”. To głównie im zawdzięczamy popkulturową zmianę wzorców i wyobrażeń o bladolicych istotach. Teraz zamiast mrozić krew w żyłach, po prostu wyskakują z każdej lodówki. Nie powiem, może to chwytliwe, bo wielu ludzi dało się na ten patent złapać, jednak stosunkowo mało wysublimowane. Skutecznym remedium na tę zarazę zdają się dysponować twórcy „Postrachu nocy”. Broń stanowią tu salwy śmiechu spowodowane groteskowością ekranowych zajść (i zejść kolejnych postaci). Co byś zrobił, gdyby Twój sąsiad okazał się krwiożerczą maszyną do zabijania? Odpowiedź w świecie filmu jest zgoła oczywista. Wyruszyłbyś na krucjatę przeciwko bestii, zaopatrzony w osikowe kołki, cebulę, krucyfiks i ślepą wiarę, że możesz zatryumfować. W roli uzbrojonego po zęby (to powiedzenie nabiera tu całkiem nowego znaczenia) nosferatu o wdzięcznym imieniu Jerry, wystąpił rewelacyjny Colin Farrell. Przy nim Edek ze „Zmierzchu” po prostu blednie. Jego postać oraz wyśmienite dialogi są motorem napędowym całego obrazu. Efekty specjalne są celowo niedoskonałe, przypominając że to co widzisz powinno się traktować z przymrużeniem oka. Problem w tym, że niektóre sceny autentycznie wieją grozą, tak jakby autorom zabrakło zdecydowania, w którym kierunku właściwie pójść lub jak umiejętnie zbalansować nastrój. Pomimo tych drobnych zastrzeżeń, szczerze polecam jako niewymagającą rozrywkę. Ten film ssie. Dosłownie. 7/10.
Obraz, którego nikomu specjalnie przedstawiać nie trzeba. Wielki przebój kinowy i równie wielki hit telewizyjny, który stacje nadają nawet częściej niż przygody Kevina samego w domu tudzież Nowym Jorku. Jakby nie było, święta Bożego Narodzenia są raz do roku a komedii braci Farrelly niestraszny żaden czas antenowy. Nawet jeśli ktoś stroni od tzw. małego ekranu, nie sposób tego filmu nie zobaczyć choć raz. A kto zobaczy raz, na pewno na tym nie poprzestanie. Fabuła ma tutaj szczątkowe znaczenie, więc nie będę nawet przytaczał jej zarysu. „Głupi i głupszy” ma tylko jeden nadrzędny cel - śmieszyć. I to właśnie z tej ambicji będzie rozliczony. Wszystko inne to tylko i wyłącznie pretekst do kolejnych błazeńskich zbiegów okoliczności i nieprzerwanych salw śmiechu wśród widzów. Ale nawet najlepszy (tutaj: najgłupszy) scenariusz i dialogi byłyby niczym bez odpowiedniej obsady. Mamy zdecydowanie do czynienia ze spektaklem dwóch aktorów. Jim Carrey i Jeff Daniels prześcigają się w idiotyzmie i do dziś nie mogę się zdecydować, który wysuwa się na prowadzenie. Niewątpliwie obydwaj wspięli się na szczyty głupoty, osiągając upragniony Mount Everest. Stamtąd już ciężko ich strącić. Dziś się już takich komedii nie kręci. Komedii tak głupich, że aż śmiesznych i bawiących tak samo dobrze mimo wtórego seansu. Wielka szkoda, że nie doczekaliśmy się kontynuacji z prawdziwego zdarzenia a prequela, który wzbudzał jedynie uśmiech... politowania. 10/10.