piątek, 16 kwietnia 2010
Aura (2oo9)

aura
Muzyka instrumentalna to ciężki, często czerstwy kawałek chleba. Brak jakiejkolwiek warstwy tekstowej pozwala w pełni skoncentrować się na wydawanych dźwiękach i tenże właśnie dźwięk odpowiada wtedy całkowicie za poruszenie czułej struny w człowieku. Barwa, głębia, melodia czy przejścia są wyłącznym nośnikiem emocji. Emocji, które nie zawsze się przecież słuchaczowi udzielają. Wyjątkowym przykładem jest tutaj nurt rocka, który często stawia przed odbiorcą ścianę dźwięku. Tzw. „nastrój” tworzony jest niejednokrotnie samym natężeniem decybeli, co zmienia całość w bezkształtny łomot. Twórcy parający się cięższym brzmieniem z założenia zdają się kierować dewizą Hitchcocka i zaczynają od trzęsienia ziemi, a dalej jest już tylko mocniej. A co by wyszło, gdyby tak materiał nieco stonować?

Odpowiedź na pytanie zawarte we wstępie jest prosta i mieści się w trzech słowach - Tides From Nebula. Ten warszawski post-rockowy zespół za sprawą debiutanckiej płyty „Aura” udanie połączył ogień z wodą, udowadniając że pojęcie żywiołowości nie zawsze wiąże się z raptownością i wybuchowością. Wszystkie dziewięć zawartych tu utworów to kompozycje o przemyślanej fakturze, gdzie struktura rzeczywiście koresponduje z wartością artystyczną. Panowie uniknęli zagęszczenia wirtuozerskich solówek czy jakiejkolwiek innej formy czysto technicznego popisu. Oczywiście na płycie uświadczymy ostre gitarowe riffy, wszakże tego aspektu ominąć się nie da, jednak ich obecność nie oznacza bezmyślnego walenia w gary. Otrzymaliśmy muzykę przestrzenną, dającą się słuchać zarówno we fragmentach jak i kontekście całokształtu - i to niekoniecznie na pełnym regulatorze. Na szczególne wyróżnienie i wymienienie z nazwy zasługują kawałki „Purr″ i „Svalbard”. Ten pierwszy należy uznać za punkt kulminacyjny albumu i jego najlepszą wizytówkę, zaś wyjątkowość drugiego polega głównie na fantastycznym, syntetycznym brzmieniu. Nietrudno przy nich o syndrom zapętlenia utworu kiedy po dłuższym czasie orientujesz się, że taśma się wkręciła. Do nielicznych wad tego wydawnictwa należą za długi czas odtwarzania i zbytnia przewidywalność. Skrócenie ogółu o 10 minut wyszłoby tylko na dobre, natomiast co się tyczy drugiej cechy, to zabija przyjemność z wyszukiwania drobnych „smaczków”. To zupełnie jak kobieta z miesiączką trwającą zgodnie z nazwą okrąglutki miesiąc i powtarzającą się cyklicznie... co miesiąc. Wiesz, że należy się spodziewać niespodziewanego, co odziera ją z tajemnicy. Dokonanie naszych rodaków nie stanie się natychmiastowym klasykiem, ale na czymś swoją legendę trzeba zbudować, a „Aura” stanowi naprawdę solidny fundament. 8/10.

Tracklista:
01. Shall We?
02. Sleepmonster
03. Higgs Boson
04. Svalbard
05. Tragedy of Joseph Merrick
06. Purr
07. It Takes More Than One Kind of Telescope To See the Light
08. When There Were No Connections
09. Apricot

poniedziałek, 01 lutego 2010
Zmierzch (2oo8)

zmierzch

To był jeden z tych szarych, ponurych dni, kiedy nic nie zwiastuje nadejścia poprawy. Zza okien wyzierała dżdżysta pogoda, zapachem wilgoci przywodząc na myśl stagnację. Mgła spowijająca pobliskie torfowisko zdawała się to wrażenie potęgować, niczym groźba zawisła w powietrzu. Gwiazdy tej nocy świeciły niemrawo, przez półprzepuszczalny filtr mroku oświetlając swoim blaskiem nieliczne tylko punkty. Zewsząd dało się wyczuć panujący niepokój. A jednak, dla pary młodych kochanków było w tej chwili coś niezwykle podniecającego. W myślach grzeszyli już niejednokrotnie, nigdy jednak nie odważyli się przenieść swoich fantazji do świata realnego. Sytuacja sprzyjała zbliżeniu, wszystko wokół zdawało się ich popychać nawzajem w swoje ramiona. Łaknęli się od dawna, wprost konsumowali spojrzeniem. Mężczyzna pytającym wzrokiem poprosił partnerkę o przyzwolenie, ta zaś na prośbę przystanęła, bezwiednie potakując głową. Przystawił więc swoje blade wargi do jej ust i wtopił w ich gorejącą czerwień, kobieta natomiast ujęła go w pasie, przysuwając bliżej swego ciała. Delikatnymi, aczkolwiek zdecydowanymi ruchami przenieśli się na wyściełaną aksamitem i kaszmirem kanapę w przedpokoju. Fascynacja rosła z każdą sekundą, gdy ona ujmowała jego pośladki i wyrzeźbiony tors, on natomiast gładził jej piersi, jednocześnie powoli rozchylając uda, każdym pojedynczym gestem komplementując jej urodę. Napięcie sięgało zenitu gdy tak wędrowali po erotycznej mapie ciała, aż tu nagle z ust białogłowy dało się usłyszeć ledwo wyartykułowane "kochasz mnie?". Samiec, nie zastanawiając się wiele, ochoczo odrzekł: "zajebałem się w tobie po chuj" i cały misternie budowany klimat wziął w łeb...

Ten wyjątkowo przydługi wstęp ma na celu ukazanie głównej bolączki filmowego „Zmierzchu”, będącego z założenia historią miłosną. Historią o tyle nietypową, że rozgrywającą się pomiędzy ludzką kobietą a wampirem rodzaju męskiego. Kiedy już wszystko zdaje się zmierzać we właściwym kierunku, moment kulminacyjny zawsze zostaje zepsuty przez nieudolną reżyserię, tragiczny skrypt, pretensjonalne dialogi tudzież sztywne aktorstwo. Należycie dobrana muzyka, malownicze scenerie i doskonałe, utrzymane w zimnej tonacji zdjęcia podsycają atmosferę, która następnie bezceremonialnie zostaje spłukana kubłem zimnej wody. Pomiędzy postaciami nie czuć żadnych emocji, chemii, pożądania, pasji, czegokolwiek. Romantyczna otoczka skutecznie zarzynana jest przez aseksualność bohaterów. Przypominają oni dzieci, które takich wartości w sobie jeszcze nie noszą, przez co atrakcyjne są tylko dla osób ze skłonnościami pedofilskimi. Dobrą scenę miłosną/erotyczną/pornograficzną poznaje się po tym, że widz ma ochotę zamienić się miejscami z aktorami. Przestać grać i poczuć na własnej skórze to charakterystyczne mrowienie. Groteskowe uniesienia wymuskanego nosferatu i zagubionej dziewczyny sprzyjają bardziej uśmieszkowi politowania niż zastygniętego w rozkoszy grymasu. Jak tylko zaczyna iskrzyć, reżyser przypomina sobie o kategorii wiekowej, krzyczy "kamera stop, cięcie!" i cofa taśmę. Więcej odwagi, więcej animuszu, więcej ułańskiej fantazji! Przez 2 godziny seansu praktycznie nic się nie dzieje, nie wiem jak to wygląda w pierwowzorze literackim, ale po zapoznaniu z wersją kinową nie mam najmniejszej nawet ochoty się o tym przekonać. W słowniku wyrażeń i pojęć bliskoznacznych, „Twilight” należy szukać pod hasłem „tabula rasa”, tam gdzie jego miejsce. Gdyby jeszcze z pamięci tę wpadkę dało się wykorzenić równie łatwo... 3/10.

Tagi: romans
14:08, thelaststand , Film
Link Komentarze (6) »
sobota, 30 stycznia 2010
Echo (2oo9)

echo
Czy drugi w pełni oficjalny album studyjny Leony Lewis odbije się szerokim echem na rynku fonograficznym wśród zalewu konkurencyjnych produkcji? Czy utwierdzi pozycję utalentowanej wokalistki, powszechnie uznawanej za jedno z największych muzycznych odkryć ostatnich lat? I w końcu, czy wytyczy nowe ścieżki, na które wcześniej nie miała odwagi wejść i pozwoli jej tym samym przestać być kojarzoną jako gwiazdę jednego przeboju?

Wspomniany we wstępie syndrom „one hit wonder” nakazuje postrzegać artystę poprzez pryzmat jej/jego największego hitu. Po spektakularnym sukcesie piosenki „Bleeding Love” z debiutanckiego krążka, ciężko zerwać z utrwalonym przezeń wizerunkiem. Jeśli dla kogoś utwór ten stał się wyznacznikiem jej stylu, może srodze zawieść się na nowym materiale, ponieważ ten odcina się od wcześniejszego repertuaru dość grubą kreską. Typowych ballad na „Echo” znalazło się niewiele, bo w moim odczuciu zaledwie trzy - „Broken”, „Alive” i „Stop Crying Your Heart Out” mianowicie. Resztę miejsca wypełniły żywiołowe, podnoszące na duchu piosenki, co jest odwróceniem proporcji znanych z płyty „Spirit”. Choć część zawartych tu numerów treściowo przypomina zbitki przypadkowych słów (z powtarzanymi niczym mantra frazami), udowadniając jak niewielkich nakładów sił twórczych wymaga pisanie tekstów w języku angielskim, nadal jest to zmiana na lepsze. Lewis czuje się w tych rejonach zdecydowanie bardziej komfortowo i jest to odczuwalna różnica. Utwory są zróżnicowane, brzmią nowocześnie i mają wyraźnie zaznaczoną melodię. Pozytywna energia, jaką ze sobą niosą, jest idealna do rozluźnienia atmosfery i choćby chwilowego zapomnienia o troskach dnia codziennego. Leona operuje swoim głosem bardziej powściągliwie niż miało to miejsce dotychczas i tylko w kawałkach opatrzonych numerami 03 i 05 zawodzi, jakby masturbowała się mikrofonem... podczas oddawania porodu. Okrutne to stwierdzenie, ale pozwolę mu wybrzmieć. Nie jest to ponadczasowy longplay, do którego będziecie regularnie powracać. Najprawdopodobniej po 3 tygodniach wyląduje na półce, gdzie będzie zalegał i kurzył się aż do czasu sporadycznych, późniejszych odtworzeń. Cóż poradzić, taki już urok sezonowych produktów. 7/10.

Tracklista:
01. Happy
02. I Got You
03. Can't Breathe
04. Brave
05. Outta My Head
06. My Hands
07. Love Letter
08. Broken
09. Naked
10. Stop Crying Your Heart Out
11. Don't Let Me Down
12. Alive
13. Lost Then Found
14. Stone Hearts & Hand Grenades

17:07, thelaststand , Muzyka
Link Komentarze (4) »
wtorek, 26 stycznia 2010
Prince of Persia (2oo8)

persia

Amerykanie to osobliwy naród. Wysokokaloryczne hamburgery i innego rodzaju śmieciożarcie popijają dietetyczną colą w obawie o utratę linii. Są największym światowym mocarstwem, przy stopniu edukacji pozwalającym utożsamiać wieszcza Homera tylko z telewizyjnym bohaterem animowanego sitcomu. Z kolei wycieczki krajoznawcze odbywają najczęściej za pomocą pilota tudzież innego kontrolera, jak klawiatura czy joypad chociażby. Skoro już o wirtualnym podróżowaniu mowa, jedną z najpopularniejszych destynacji jest Bliski Wschód, dokładniej zaś starożytna Persja. Pierwszy turnus do baśni 1000 i jednej nocy miał miejsce w 1989 roku i od tego czasu nieprzerwanie jest ponawiany. Niektórzy już bukują bilety na kolejną wyprawę, ja tymczasem wysyłam Wam, drodzy Czytelnicy, spóźnioną blisko 2 lata pocztówkę.

„Prince of Persia” to legenda w świecie elektronicznej rozrywki. Pierwsza część miała niebagatelny wpływ na rozwój gier platformowych w formie, jaką znamy dzisiaj wszyscy. Po słabszej części drugiej i trzeciej, skutecznej reanimacji przygód Księcia Persji dokonało studio Ubisoft Montreal wydając fenomenalne „Piaski Czasu”. Następna w kolejności „Dusza Wojownika” oraz „Dwa Trony” kontynuowały dobrą passę, wnosząc przy okazji kilka nowinek. Czy edycja z 2008 roku jest sukcesorem najlepszych tradycji sagi i co nowego ma do zaoferowania fanom, dowiecie się z dalszej części recenzji.

Nowa odsłona nie kontynuuje wątku fabularnego z poprzednich części cyklu. Postanowiono odejść od tematu zaburzeń kontinuum czasu i przedstawić zupełnie nowe wcielenie Księcia, nijak związane z dotychczasowymi. Tak więc nasz bohater błąkając się po pustyni trafia na piękną Elikę, której pomaga uporać się z goniącymi ją strażnikami. Pojawienie się kobiety nigdy nie zwiastuje niczego dobrego i tak też jest w tym przypadku. Ta, jak się okazuje, posiada magiczne zdolności i niechcący wciąga swojego nowego kompana w sam środek grubszej afery. Na świecie aby panowała równowaga, musi występować zarówno dobro i zło, toczące ze sobą odwieczny bój. Bóstwo światła postanowiło złożyć wypowiedzenie na czas nieokreślony, natomiast bożek mroku uwolnił się ze swojego więzienia i sieje spustoszenie w całej okolicy, rozprzestrzeniając swój wpływ coraz dalej. Żeby nie zarazić korupcją wszelkiej żywej materii, nowi partnerzy muszą wziąć sprawy w swoje ręce. Tak rysuje się uproszczony schemat linii fabularnej. Wystarczy powiedzieć, że jest wystarczająco motywująca do zabawy, jednak w żaden sposób nie umywa się do poprzedniczek. Nie jest szczególnie złożona, nie posiada też jakichś szczególnie zaskakujących zwrotów akcji. Przypomina raczej zlepek utartych klisz i schematów stanowiących zaledwie pretekst do przechodzenia kolejnych poziomów. Dialogi między postaciami dostępne są pod klawiszem „T” i to w zasadzie jedyna okazja do rozszerzenia wątków. Elika opowiada co nieco o historii odwiedzanych miejsc, stopniowo odkrywa też prawdę o samej sobie. Wtóruje jej Książę z uszczypliwymi uwagami, nierzadko o dwuznacznym zabarwieniu. Ich poziom bywa różny, nadal jednak niewiele wnoszą do opowieści. Co gorsza, zakończenie nic nie wyjaśnia i pozostawia gracza bez wynagrodzenia za ukończenie przygody. 30-sekundowa migawka i wsio, wyłączaj pan komputer.

Bardzo ważnym elementem w przypadku przygodowych gier TPP jest mechanika rozgrywki. Poprzedzająca trylogia miała dopracowany, wyważony gameplay, który pozwalał bawić się zarówno nowicjuszom, jak i wyjadaczom tego typu produkcji. Jako, że rynkiem docelowym nie są tutaj Zjednoczone Emiraty Arabskie, tylko Stany Zjednoczone Ameryki, spłaszczono rozgrywkę maksymalnie. Przede wszystkim, nigdy nie ujrzycie tu napisu „game over”, gdyż zginąć się po prostu nie da. Powabna Elika zawsze służy pomocną dłonią, ratując od wszelkiej opresji. Nieważne czy spadasz w przepaść czy dopadnie cię swoimi mackami korupcja, ratunek nadchodzi zawsze. Punkty kontrolne zapisywane są niemal co krok, w najgorszym przypadku przyjdzie powtórzyć daną próbę pokonania przeszkody raz jeszcze. Co więcej, kontrola nad postacią została ograniczona i na przykład w trakcie skoku system koryguje obrany kierunek tak, aby wylądować bezpiecznie. W przypadku rozpadliny przekraczającej - i tak już niezwykłe - umiejętności Księcia, wystarczy nacisnąć odpowiedni guzik, odpowiadający za wykonanie podwójnego skoku z pomocą towarzyszki. Gra nie nastręcza żadnych kłopotów, przechodzi się praktycznie samoistnie. Utrudnieniem mógłby tu być fakt, że do naszej dyspozycji oddano otwarty świat, który możemy przemierzać swobodnie. I tutaj również mniej wprawnym graczom postanowiono ułatwić życie. W dowolnym momencie po obraniu celu na mapie możemy przywołać świetlisty promień wskazujący optymalną, najkrótszą drogę. Całość podzielona jest na 5-poziomowe etapy plus siedziby bossów, nie do wszystkich z nich mamy jednak dostęp od razu. Po przejściu danej lokacji Elika używa swoich umiejętności, żeby stworzyć swoistą oazę, tj. wyleczyć dany teren. Gdy tylko tego dokona, cały etap zostaje graficznie przemodulowany i pojawiają się ziarna światła. Uzbieranie odpowiedniej ich liczby uruchamia nowe moce, niezbędne do odwiedzenia dalszych miejsc. Ponowne zwiedzanie tej samej lokacji to zabieg sztucznie przedłużający czas potrzebny na ukończenie produktu. Owszem, jest różnica graficzna, kilka punktów wcześniej niedostępnych nagle stają się osiągalne, ale kiepskie to wynagrodzenie. Jak już wspomniałem, bossów jest cztery rodzaje - wojownik, alchemik, konkubina i łowca. Niewielkie to zróżnicowanie, a na samych levelach nie walczymy prawie wcale. Mocno reklamowanym i jak się okazuje równie mocno przereklamowanym elementem jest nowy system walki. Dawniej potyczki toczyliśmy z wieloma przeciwnikami naraz, w omawianej reinkarnacji jest to przeważnie tylko jeden oponent w danej chwili. Uruchamia się specjalna, ograniczona arena, na której dochodzi do konfrontacji. Dostępne są 4 akcje - standardowy cios mieczem, uderzenie z wyskoku, blok i magiczna interwencja. Ataki można łączyć w kombinacje, żeby uzyskać jak najlepszy efekt. Z czasem wrogowie przechodzą w specjalne formy, gdzie zranić można ich w tylko jeden z wymienionych sposobów. W ferworze uruchamiają się także tzw. „quick-time eventy”, które jak sama nazwa wskazuje polegają na szybkim klikaniu w odpowiednie przyciski, aby odparować napaść. Najprostszą i najbardziej skuteczną taktyką jest trzymanie gardy i następnie błyskawiczne przejście do kontrofensywy - działa za każdym razem.

Od strony czysto technicznej gra prezentuje się olśniewająco. Do naszej dyspozycji oddano szereg przepięknych, klimatycznych terenów. Począwszy od jaskiń, poprzez królewskie ogrody, na obserwatorium skończywszy. Wszystko to bez doładowywania kolejnych połaci, przedstawione w charakterystycznej, przyprawionej cell-shadingiem grafice. Koncepcja ta dodaje wrażenia baśniowości i doskonale wprowadza w klimat. Gdy po raz pierwszy obserwujemy przeobrażenie skażonego obszaru w jasny, porośnięty bujną roślinnością azyl, zachwytom nie ma końca. Pod względem artystycznym to jedno z największych przedsięwzięć ostatnich lat i co do tego nie ma wątpliwości. Wszystko zróżnicowane, dopracowane w najdrobniejszych detalach. Często przyłapywałem się na tym, iż po prostu przystawałem podziwiając architekturę budynków tudzież przemyślaną, wielopoziomową konstrukcję etapów. Od strony muzycznej, jak zwykle zresztą, jest nienagannie. Orientalne motywy kompozycji Stuarta Chatwooda i Inona Zura pieszczą ucho, aż miód się wylewa. Subtelnie podkreślają obraz, w żaden sposób nie starają się go zdominować, umilając odbiór dzieła.

Prince of Persia” zdecydowanie odstaje poziomem od poprzednich trzech gier z serii. Skierowany jest do graczy szukających szybkiej i niewymagającej, choć nadal atrakcyjnej rozrywki. Więcej niż intuicyjny interfejs oraz uproszczenia scenariuszowe czynią z niej produkt jednorazowego użytku. Emocji zintensyfikować nie potrafi, ale zapewnić godziwą zabawę już tak. Niezbędnym elementem każdej pracy jest dobry odpoczynek i jeśli w takiej kategorii go rozpatrywać, to warto po niego sięgnąć. 7/10.

niedziela, 24 stycznia 2010
Sherlock Holmes (2oo9)

holmes

Najsłynniejszy detektyw świata powraca, i to w jakim wydaniu! Pierwsza scena i już otrzymujemy obuchem w głowę. Parający się czarną magią Lord Henry Blackwood zostaje pojmany w trakcie odprawiania mrocznego rytuału, następnie doprowadzony przed oblicze wymiaru sprawiedliwości i skazany na śmierć poprzez powieszenie. Krótko przed straceniem zdradza, iż zginą jeszcze 3 osoby i nawet owiany legendą intelekt Sherlocka nie zdoła temu zapobiec. Egzekucja zostaje wykonana, zgon zaś na podstawie braku pulsu potwierdzony przez biegłego dr Watsona. Nasi bohaterowie mogliby odnotować kolejną rozwiązaną zagadkę, gdyby nie to że krypta nieboszczyka zostaje zniszczona od wewnątrz a on sam wydaje się być jak najbardziej żywy... Sprawa pozostaje więc otwarta, a to dopiero początek szerzej zakrojonej intrygi.

Brakowało w ostatnich latach przygodowego kryminału z prawdziwego zdarzenia. Pomimo kilku uchybień nowy obraz Guy'a Ritchie'go wypełnia tę lukę znakomicie. I właśnie od owych niedostatków chciałbym rozpocząć, gdyż jest ich zdecydowanie mniej, nie są też tak znaczące dla odbioru całości. Kilka potknięć scenariuszowych, akcja momentami zakrawająca o fantastykę, sugestywna choć mocno powtarzalna warstwa muzyczna, jednowymiarowy czarny charakter, któremu do podręcznikowego modelu brakuje tylko złowieszczego śmiechu. Ostatnim i największym grzechem jest impakt emocjonalny nie tak wielki, jaki można było osiągnąć. Pod tym względem potencjał był gigantyczny, otrzymaliśmy jednak kolosa na glinianych nogach. Ugina się pod ciężarem wydarzeń, które postacie dotykają, ale przenigdy nie robią im większej krzywdy. Po prostu zawsze wiadomo, że wybrną cało z opresji, dlatego też trudno się zaangażować na tyle, aby nerwowo podskakiwać w fotelu. No, ale to już wszystkie wady. Wszystkie one nikną przy kreacji aktorskiej Roberta Downey Juniora. Popularny aktor interpretacją postaci Holmesa potwierdza swój niebywały kunszt w każdej pojedynczej sekundzie. Bryluje w każdej scenie, rządzi niepodzielnie, ogniskuje uwagę i co nie tylko. Zatraca się w swojej roli jak jego bohater w szukaniu tropów i poszlak. Sherlock Holmes w jego wykonaniu to ekscentryczny pracoholik, który dla równowagi psychicznej potrzebuje rozwikływać kolejne tajemnice. Jego obsesyjne przywiązanie do detali, wprost nieludzka i balansująca między obłędem a geniuszem zdolność dedukcji to atrakcja sama w sobie. Prawdziwy mistrz ceremonii, co tu dużo mówić. Grający dr Watsona Jude Law dzielnie mu partneruje, z jednej strony stanowiąc jakby jego antytezę, z drugiej zaś doskonale go uzupełniając. Czuć faktyczną nić porozumienia między nimi, są do siebie podobni jednocześnie będąc całkowicie odmiennymi. Rachel McAdams jako famme fatale nie sprawdza się już tak dobrze i jak to zwykle z paniami w takich opowieściach bywa, stanowi zwykłe popychadło, więc jej ograniczone środki wyrazu wystarczają w zupełności. Rewelacyjne są dialogi, często nawet zabawne - błyskotliwe zaś szczególnie na linii głównych protagonistów. Scenografia i kostiumy wprowadzają w klimat epoki wiktoriańskiej, a efekty specjalne nie rażą. Co więcej, rzadko się zdarza żeby służyły historii, a nie były celem samym w sobie. Nie sposób nie wspomnieć pięknych zdjęć, płynnej pracy kamery i idealnie wykorzystanego metrażu. Film wrzuca nas w wir akcji już w pierwszych minutach i tempo to utrzymuje aż do samego końca. Zakończenie sugeruje rychły sequel, który mam nadzieję jeszcze bardziej dokręci śrubę. Tymczasem gorąco zapraszam do sal kinowych, gdyż naprawdę warto. 8/10.

23:59, thelaststand , Film
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 stycznia 2010
Hard Land of Wonder (2oo9)

hard_land

Anita Lipnicka znaną piosenkarką jest. Samo śpiewanie to dla niej jednak za mało. Na swojej najnowszej płycie postanowiła po raz pierwszy sprawdzić się także w roli wyłącznego autora i producenta całego przedsięwzięcia. Tym samym „Hard Land of Wonder” obwołała swoim właściwym debiutem, pomimo kilkunastoletniego stażu w branży. To jednak nie wszystkie zmiany, jakie zaszły. Damą polskiej piosenki nie jest już od dawna, gdyż blisko dekadę nie słyszeliśmy od niej niczego w rodzimym języku. Jak jednak pokazał ostatni wywiad dla onet.pl - przestała być damą w ogóle. Zamiast skromnej, pokornej dziewczyny obserwujemy dystyngowaną mistrzynię autokreacji. Muzyka nie sprzedaje się już jak za czasów Varius Manx, obecnie sprzedają się wykonawcy, dlatego swoją wielkość i odmienność postanowiła pokazać szkalując inne krajowe gwiazdy. Oberwało się Chylińskiej, Gawlińskiemu i Górniak, natomiast zawartość ostatniego albumu Kayah oceniła po samej tylko okładce. Wszystko jedno, ile miała w tym racji, takie zachowanie nie przystoi artyście, do którego to miana chce pretendować. Anita Leibniz'ka wraz ze swoimi świeżo przyprawionymi oryginalnymi 52 ząbkami być może nabrała zadziorności, ale jednocześnie straciła wiarygodność. Czy przekłada się to na autentyzm twórczy, przekonacie się czytając dalszą część tekstu...

11 utworów zamykających się w łącznym czasie odtwarzania wynoszącym niewiele ponad 40 minut? Standard. Wszystkie piosenki po angielsku, utrzymane w stylistyce ambitnego, dość minimalistycznego brzdękania? Nic nowego. To wszystko - w mniejszej lub większej dawce - otrzymaliśmy już przy okazji duetu z Porterem i jest to zarazem największa pochwała, jak i największy zarzut skierowany do tegoż wydawnictwa. Począwszy od singlowego, otwierającego płytę „Car Door” aż do wieńczącego ją „The Trial” materiał naznaczony jest jej dotychczasową współpracą. Piosenki są troszkę mniej śpieszne niż w przypadku wcześniejszych albumów pary, ale to zdecydowanie za mało żeby uniknąć porównań. Anita może uchodzić za człowieka orkiestrę, ponieważ skomponowała muzykę przemyślaną, okraszyła ją niezgorszymi tekstami, nawet samodzielnie zagrała wszystkie partie pianina oraz wyprodukowała całość. Z maestrią panuje nad wszystkimi tymi elementami, nadal jednak pobrzmiewają tu echa przeszłości i o jakiejkolwiek oryginalności nie ma mowy. Kontemplacyjny, refleksyjny wydźwięk płyty, senna atmosfera, surowa oprawa instrumentalna - to wszystko już było. Doceniam ogrom pracy, ale czuć tu jakąś nutę fałszu, pewne mechaniczne podejście do procesu twórczego. Bo choć skrupulatna konstrukcja utworów świadczy o wysokim poziomie świadomości jej twórcy, to niezmiennie trąci automatyzacją. Jedynym zaskakującym kawałkiem jest instrumentalny „Sailor's Song” jakby żywcem wyjęty z ostatniej ekranizacji „3:10 do Yumy”. Teksty, z jednej strony dojrzałe i ułożone, z drugiej zaś mało afektywne, jakby nadawane z offu. Bo nie wystarczy pisać z perspektywy pierwszej osoby liczby pojedynczej, żeby można było mówić o intymnych, osobistych wyznaniach. Brakuje tutaj świeżości, formuła zdaje się powoli wyczerpywać. Z Johnem miało się wrażenie rozmowy kochanków, byliśmy świadkami swoistego muzycznego dialogu. Może to właśnie tego męskiego pierwiastka mi brakuje, kto wie. „Hard Land of Wonder” jawi się jako posągowa piękność, emocjonalna ale absolutnie nie emocjonująca. Najlepszą i najkrótszą jej recenzją jest tytuł drugiej w kolejności piosenki na albumie, lovely fake mianowicie. Idealna propozycja na długie, zimowe wieczory, ale oczekiwałem czegoś więcej. 7/10.

Tracklista:
01. Car Door
02. Lovely Fake
03. Hungry Feast of Love
04. Halfway Through
05. The Chase
06. You Change Me
07. Glass of Water
08. Noisy Head
09. Hard Land of Wonder
10. Sailor's Song
11. The Trial

21:50, thelaststand , Muzyka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 stycznia 2010
Księżniczka i Żaba (2oo9)

zaba

Za wielką wodą „The Princess and the Frog″ żegnał stary, przemijający rok, zaś w naszym pięknym Kaczogrodzie już jako Księżniczce i Żabie″ przyszło mu bratać się z nieopierzonym jeszcze rokiem pańskim 2010. Jak widać każda okazja jest dobra, żeby świętować. Zwłaszcza, jeśli mówimy o celebrowaniu powracającej do łask klasycznej disnejowskiej animacji. Czekałem na tenże moment z wytęsknieniem i serca biciem. W zalewie wymuszenie zabawnych/niezamierzenie śmiesznych (niepotrzebne skreślić), powstałych w całości za pomocą kodu binarnego produkcji, miała nadejść upragniona, tradycyjnie zrealizowana opowieść. Oczekiwania były ogromne, obawy nie mniejsze. I choć najnowsza propozycja legendarnego studia banku nie rozbija, to i tak warto było czekać.

Przenosimy się do Nowego Orleanu z początku ubiegłego wieku, gdzie poznajemy czarnoskórą dziewczynę imieniem Tiana. W przeciwieństwie do swoich rówieśnic, nie marzy o wielkiej miłości żywionej do księcia na białym rumaku, balowych sukniach czy wystawnych bankietach. Dąży natomiast do otwarcia własnej restauracji, co było również snem jej ojca, a którego ziszczenia nie doczekał. Uczciwością i pracą ludzie się bogacą, coś jednak zawsze stoi na przeszkodzie. Fortuna zatoczy koło wraz z pojawieniem się pewnej żaby... Dla koneserów jest to film niezwykły z kilku względów. Przede wszystkim, po raz pierwszy główna postać żeńska nie posiada śnieżnobiałej, porcelanowej cery. Koncern był w przeszłości oskarżany o rasizm, dlatego też tym razem protagonistka ma śniadą karnację, co stanowi miłą odmianę. Tradycyjną, ręcznie malowaną szatę wizualną ostatnio mieliśmy okazję podziwiać w
Moim Bracie Niedźwiedziu″ w 2004 roku, tak więc szmat czasu temu. Powrót do korzeni cieszy niezmiernie, nawet pomimo braków technicznych. Animacja nie jest szczegółowa, tła pozbawiono przepychu, ale swoistego staroszkolnego uroku nie sposób im odmówić. Skoro już o urokach mowa, wprowadzono zaskakujący wątek magii voodoo. Motyw ten nie jest może do końca wykorzystany, jednak samo jego zaimplementowanie stanowi wyraźną zaletę. Sama historia została opowiedziana po bożemu, bez niespodziewanych zwrotów akcji, tak iż każdy będzie w stanie przewidzieć jej przebieg. Akcja jest naprawdę klarowna, momentami nazbyt oczywista, prowadzona jednak na tyle solidnie, aby utrzymać uwagę widza przez bite 1,5 godziny. Bohaterowie są maksymalnie zróżnicowani i o ile centralnym postaciom można zarzucić pewną papierowość, tak drugi plan to już fascynująca galeria indywiduów, zaś cała wesoła ferajna została zaopatrzona w należycie skrojone teksty. Sporo miejsca poświęcono piosenkom, podobnie jak w przypadku „Aryskotratów” utrzymanym w stylistyce jazzowej. Łatwo wpadają w ucho w trakcie seansu, niestety równie ciężko zapadają w pamięć tuż po nim. Nie bez znaczenia jest morał z historii wynikający, a mianowicie że należy na swój sukces zapracować oraz doceniać to co się posiada. Zaserwowany subtelnie, bez zbędnego dydaktyzmu niezrozumiałego dla malców.

Spinając recenzję klamrą: Disney poprzez tę baśń postanowił przypomnieć światu, gdzie jest jego miejsce w szeregu. Gigant nadal plasuje się w pierwszym rzędzie, choć w tym przypadku robi to nazbyt kanonicznie. 7/10.


01:05, thelaststand , Film
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 stycznia 2010
Blog Roku 2009

Blog recenzja.com.pl bierze udział w konkursie na Blog Roku 2009 w kategorii Kultura. Począwszy od dnia dzisiejszego aż do 21.01.2010 do godz. 12.00 trwa drugi etap, w którym internauci oddają swoje głosy w formie sms'ów, co przy odpowiednio dużej ich liczbie równa się nominacji do oceny przez jury. Koszt jednej wiadomości to 1,22 zł, a dochód przekazany zostanie na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych. Jeśli chcesz zawotować na moją stronę, wyślij SMS o treści E00184 na numer 7144. Serdecznie dziękuję wszystkim głosującym Czytelnikom!

16:27, thelaststand
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24




368 stron, oprawa miękka, format 142x202
W Lideria.pl już za 32,40PLN!



statystyka