środa, 02 maja 2012
Mój Big-Bit (2o11)
Ania to objawienie ostatnich miesięcy. Córka Ady Rusowicz – liderki Niebiesko-Czarnych – przebojem wdarła się do rodzimego półświatka muzycznego. Solowy debiut przyniósł jej aż cztery statuetki Fryderyków. Obsypanie nagrodami branży muzycznej to wielki kredyt zaufania dla początkującej wokalistki, ale zanosi się na spłatę z nawiązką. Czas to pojęcie względne, ale bezwzględnie warto poświęcić go na wysłuchanie Mojego Big-Bitu. Jak sama nazwa wskazuje album robi pożytek ze stylistyki retro, czerpiąc pełnymi garściami z rockandrollowego brzmienia przełomu lat ’60 i ’70 ubiegłego wieku. Jeśli chcecie się przekonać lub przypomnieć zszarzałym komórkom jak to drzewiej bywało, nie znajdziecie lepszej propozycji. Bo jeśli wydawało Wam się, że wszystko co najlepsze w muzyce minęło bezpowrotnie, to mieliście rację, tylko Wam się wydawało. Po włożeniu krążka do czytnika sprzęt grający zmienia się w wehikuł czasu, gdzie przeszłość i teraźniejszość zbiegają się w jednym punkcie. Połowę albumu stanowią przeróbki przebojów mamy, druga natomiast to premierowe kompozycje nań wzorowane. Zaskakujące, jak ożywcze to połączenie. Przede wszystkim cieszy konsekwencja wizji i spójność materiału. Nowe-stare kompozycje brzmią tak, że trudno odróżnić które rzeczywiście pochodzą z innej epoki a które zostały opracowane od podstaw. Młoda Rusowicz ma świetny naturalny feeling, intuicyjnie wyczuwa jak uderzyć, żeby wywołać oczekiwany efekt. Jej barwa i tembr głosu idealnie wpisuje się w tradycję big-bitu. Pytanie tylko jak długo będzie można eksploatować tę stylistykę. Od starożytnych Greków różni Ankę przede wszystkim świadomość, że tworzy antyki. Czy ze studni możliwości tryśnie fontanna przekonamy się na kolejnej płycie. 8/10.
piątek, 27 kwietnia 2012
Papparapa (2o1o)
„Konwencja” to słowo-klucz w przypadku pucołowatej aktoreczki instynktownej. To jedno magiczne wyrażenie ma służyć jako tarcza, od której odbije się wszelka krytyka. Koncepcja była taka, żeby stworzyć płytę przeznaczoną dla najmłodszych. Zacna idea, zważywszy na fakt jak ubogi jest rynek dla milusińskich. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby jakiekolwiek dziecko neostrady wysłuchało choć jednej piosenki z tego albumu nie będąc pod kuratelą rodziców. Przede wszystkim muzyka dla tego przedziału wiekowego powinna być luźna jak gumka w znoszonych gaciach, podczas gdy Jabłczyńska się strasznie spina. Pozornie jest lekko, ale w istocie strasznie pretensjonalnie. Złote myśli zawarte w tych utworach zawstydziłyby nawet samego mistrza Coelho. Niejeden smyk ma głębsze przemyślenia egzystencjalne i odebrałby taką lirykę jako potwarz. Joasia jest strasznym wokalnym niedbaluchem, termin „modulacja głosu” musi znajdować się w jej prywatnym słowniku w sekcji wyrazów obcych, jeśli nie zakazanych. Zero malowania głosem. Nic, tylko takiego pacykarza wypchać i powiesić, koniecznie bohomazem do ściany. Nie ma w tym iskry, a bez iskry nie ma płomienia. Bez płomienia z kolei nie ma ognia a bez ognia nie ma pożogi. A bez pożogi... nie ma pożogi. Mówi się, że artyści spalają się na scenie. Sporo w tym racji, tylko dlaczego tak mocno zalatuje tu siarką i popiołem? Ponadto każdy, kto para się sztuką jest po trosze emocjonalnym ekshibicjonistą, a mi zgrabna kibić zwyczajnie nie wystarcza. Przy tym poziomie intymności spokojnie można było wydać to nakładem własnym, bo ewidentnie najbardziej rozentuzjazmowana jest sama zainteresowana. Szczęśliwie po tego typu efemerydach ślad ginie zanim jeszcze zdążą na dobre zaznaczyć swoją obecność. 2/10.
środa, 25 kwietnia 2012
Początek (2ooo)
A wcale nie trzeba epatować czarnymi wieściami. Duet Ha-Dwa-O! na swojej debiutanckiej płycie postawił na optymistyczny przekaz zdecydowanie nie dla smutasów. W myśl zasady „zło dobrocią zwalczaj” wszystkie teksty na płycie mają obrzydliwie pozytywny wydźwięk. Nic tylko miłość, miłość i po stokroć miłość. I to wyłącznie w najbardziej krystalicznym z możliwych wydań. Wszystkie piosenki to kolejne wariacje na ten sam temat, różniące się od siebie w zasadzie tylko tytułem i układem słów. Nuty do kompozycji spisywano chyba przez kalkę, wszystkie bazują na tych samych rozwiązaniach harmonicznych. Prosty taneczny pop z domieszką funky i rapu, chociaż to dość odważne stwierdzenie w przypadku tej muzyki. Treść lekka, łatwa i względnie przyjemna, bo infantylizm chłosta po uszach niemiłosiernie. To coś w stylu wczesnej Reni Jusis, niektórych szybszych przebojów Natalii Kukulskiej czy „Coś optymistycznego” Kasi Kowalskiej. Z wyraźnym zaznaczeniem, że powielone na zdecydowanie niższym poziomie. Wydawnictwo wylansowało jeden sezonowy hit w postaci Zatrzymaj mnie i na tym przysłowiowe 5 minut tandemu się skończyło. Nadprodukcja muzycznego lukru jest tak samo zasadna jak wożenie drzewa do lasu, czyli cokolwiek bezsensowna. Jeszcze trochę a musiałbym ratować się nie kapitulacją a dekapitacją. 4/10.
sobota, 21 kwietnia 2012
osiemdziesiąte.pl (2o12)
Janowski i muzyka są jak stare, znudzone sobą małżeństwo. Trwają przy sobie bardziej z przyzwyczajenia niż faktycznego przywiązania i wzajemnej czułości. Łączy ich już tylko sentyment. Ogień dogasał już na poprzedniej płycie, teraz już ledwo się tli. Za niedopałki posłużyły – zgodnie z nazwą – tuzy polskiej piosenki lat ’80. Wziąć na warsztat piosenki znane i lubiane to popularny chwyt wśród naszych wokalistów, którzy później zapytani o autorski repertuar milczą jak zaklęci. Pal licho, jeśli uda im się wykrzesać jakąś nową wartość. Wtedy można się cieszyć, że przynajmniej nie sprofanowali oryginału. Jednak to, co zrobił tutaj prowadzący teleturniej „Jaka to melodia?” udowodniło tylko jak wielki jest rozdźwięk między teorią a praktyką. W założeniu miały to być stylowo zaaranżowane przeboje takich formacji jak Maanam, Lady Pank, Budka Suflera czy De Mono. Rozpisane z przytupem na orkiestrę symfoniczną powinny zyskać nowy żywot. Na odległość czuć jednak budżetowość przedsięwzięcia, zabrakło rozmachu i polotu. Orkiestracje są zachowawcze, podobnie zresztą jak śpiew balladzisty. Zero powiewu świeżości w skostniałych interpretacjach. Aż dziw bierze, że to ten sam człowiek śpiewał kiedyś w musicalu Metro. Poziom ekspresji bliski – nie przymierzając – amebie. Za tak flegmatyczne wykonania należy się karny jeżyk i 24-godzinny maraton z Justinem Bieberem. Kilka udanych partii instrumentalnych to zaledwie podwaliny dobrego albumu. W dobie dominacji empetrójek szkoda transferu i miejsca na dysku twardym na takie „dzieła”. O zakupie oryginalnego nośnika nawet nie wspominając. 3/10.
piątek, 20 kwietnia 2012
Duets II (2o11)
Nie każdy lubi zaskakiwać i nie każdy lubi być zaskakiwanym. Tony Bennett od lat serwuje specjalność zakładu, czyli klasycznie przyprawiony jazz, ponieważ właśnie to zamawia wygłodniała klientela. Sztuką jest tutaj utrzymać świeżość składników, tak aby połechtać podniebienie konkretnych smakoszy. I tak jak poprzednim razem, szef kuchni zaprosił do pichcenia masę znanych nazwisk. Powracają sprawdzeni Michael Bublé i k.d. lang a wraz z nimi przybyły takie sławy jak Mariah Carey, Natalie Cole, Norah Jones czy Lady Gaga. A to dopiero początek menu. Bennett jest jak butelka wykwintnego wina z doskonałego rocznika. Jego wokal pomimo postępującego wieku zachował wszelkie walory smakowe, a nawet zyskał nowe. Przenikliwy tembr głosu roztapia receptory słuchowe jak rozgrzany nóż zanurza się w maśle. Kompani sprowadzają się głównie do wtórowania mistrzowi, z wyjątkiem przeraźliwie skrzeczącej Arethy Franklin. Diva soulu wyraźnie stara się zdominować utwór, co zważywszy na jej emerytalny wiek i gościnny charakter występu jest wysoce niewskazane. Nawet znana z popisów Carey powściągnęła swoje ambicje i śpiewa subtelnie i z umiarem. Lady Gaga udowadnia, że jest kimś więcej niż kolejną mało zdolną szansonistką a Amy Winehouse przedwczesną śmiercią zrobiła możliwie najlepszą reklamę tym kolaboracjom. Jak wiadomo piosenki wydane post-mortem bywają najlepszym wabikiem. Nie żebyśmy mieli do czynienia z reanimacją padliny, ale pełno tu odgrzewanych kotletów. Kubki smakowe fanów Tony’ego będą w pełni usatysfakcjonowane, gdyż otrzymają więcej spécialité de la maison. Ja jednak chętnie zatopiłbym zęby w czymś co nie pływa tylko i wyłącznie w zasmażce sosu własnego. 8/10.
niedziela, 15 kwietnia 2012
A Song For You: Live (2oo7)
Houston, mamy problem... W zasadzie nawet więcej niż jeden, więc wyliczankę czas zacząć. Techniczna strona konwersji pozostawia sporo do życzenia. Obraz jest wyjątkowo nieostry, na co można jeszcze przymknąć oko, ponieważ nie jest to najważniejszy aspekt. Gorzej, że dźwięk brzmi jak ze styranej użytkowaniem taśmy, co jest niewybaczalnym grzechem w przypadku tego typu wydawnictwa. Może przytłumione brzmienie miało swój urok w erze magnetowidów, ale dziś można cyfrowo odświeżyć i oczyścić materiał, żeby choć minimalnie podciągnąć go pod obecnie panujące standardy. W wielu momentach wokal jest zagłuszony. Po części jest to wina samej artystki, która w żywiołowych piosenkach oszczędza się jak może. Dynamiczne utwory śpiewa na pół gwizdka, bez energii i polotu. Zupełnie niepotrzebnie zdecydowała się również na groteskową choreografię. Sztuczne układy taneczne zamiast naturalnego ruchu scenicznego zdecydowanie jej nie służą. Whitney należała do grona piosenkarek, które potrzebują tylko światła i mikrofonu, żeby olśniewać. A nawet jakby odebrać jedno i drugie, to jej głos by się obronił. Dlatego nie ma sensu trwonić sił na zbędne wygibasy. Najbardziej spektakularnymi wykonaniami koncertu są A song for you i The greatest love of all, ukazujące wszystko to co w Houston najlepsze. Projekcja głosu i budowanie napięcia w tych kawałkach to absolutne mistrzostwo świata i okolicy. Te kilka monumentalnych minut graweruje się w duszy inicjałami „W.H.”. Gdyby tylko jeszcze całość się tak przedstawiała... 6/10.
piątek, 13 kwietnia 2012
Pełnia (2o12)
Chciałem za wszelką cenę uniknąć porównań. Niestety nie da się. Znając dyskografię obu pań, znam również możliwości każdej z nich. Magda przez wiele lat z powodzeniem występowała w chórkach niezliczonej ilości krajowych artystów. Weteranka drugiego planu postanowiła nagle wysunąć się na front. I szybko okazało się, że nie nadaje się na liderkę. Frontman zespołu musi przede wszystkim odznaczać się charyzmą. Magda nie ogniskuje uwagi, nie elektryzuje i nie zaraża własną wrażliwością. Wierzę, że w środku tli się żar, problem w tym że nie wydobywa się na zewnątrz. Nie wystarczy nosić w sobie emocji, trzeba umieć jeszcze je wydobyć i wzbudzić u innych. To odróżnia rzemieślnika od artysty. Już sam sposób śpiewania powinien być wartością i nieść ze sobą całą gamę barw, za pomocą których maluje się muzyczne historie. Paleta obecna, pędzel i płótno również a jednak kolorytu zabrakło. W przypadku debiutu można było to zrzucić na karb nikłego doświadczenia, ale przy trzeciej płycie boleśnie wychodzi na jaw niedostatek umiejętności. Szczególnie dobitnie uzmysławia to zestawienie z ostatnim dziełem Justyny. Albumy dzielą zaledwie dwa miesiące oraz lata świetlne różnicy poziomu. Pełnia to nieco mydłkowaty materiał o perypetiach (perturbacjach?) sercowych kobiet i jako taki znajdzie swój elektorat wśród niewymagających pań. Sądząc po okładce miał to być repertuar z pazurem. Z przykrością zawiadamiam, że tipsowe szpony są wyjątkowo łamliwe. Było się wyłamywać z szeregu? 5/10.
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
London Warsaw New York (199o)
Basia Trzetrzelewska to w zasadzie jedyna Polka, której udało się przebić na zachodzie. Została nie tylko zauważona, ale również należycie doceniona, o czym świadczą wyprzedane kilkumilionowe nakłady jej albumów. Była członkini Alibabek w pewnym momencie była nawet bardziej rozpoznawalna wśród obcokrajowców niż wśród krajanów. Niedawno po dłuższej przerwie wróciła do nagrywania muzyki, a rodakom przypomniała o swoim istnieniu wydając jeden krążek studyjny i jeden koncertowy, jak również pojawiając się gościnnie na albumie Mietka Szcześniaka. Ja jednak chciałbym wrócić do czasu jej największej świetności, który przypadł na drugi album studyjny zatytułowany London Warsaw New York. Jest to naturalna kontynuacja i rozwinięcie stylu zaprezentowanego na debiucie. Podobnie jak miało to miejsce trzy lata wcześniej, tak i tutaj uświadczymy piosenki będące mieszaniną popu i jazzu o charakterystycznym południowoamerykańskim brzmieniu wzbogaconym o słowiańską duszę. Kompakt przyniósł dwa wielkie przeboje w postaci Cruising for bruising i Baby you’re mine i stał się najlepszą wizytówką twórczości artystki. Basia reprezentuje wymierający rodzaj sztuki i jako taka powinna być ustawowo chroniona. Gdyby to ode mnie zależało, wpisałbym ją bez zastanowienia na listę dziedzictwa narodowego. Śpiewa lekko i zwiewnie, nie sięgając po najwyższe nuty leżące w jej opiewającym na 3 oktawy głosie. To stara dobra szkoła wokalna, pozbawiona zbędnych „wodotrysków”. Trzetrzelewska jednak nie tylko śpiewa, kompozycje i teksty również wyszły spod jej ręki, co się ceni podwójnie. Zwłaszcza, że w niektóre piosenki (Copernicus, Reward) wpleciono polskie słowa, co krzewi naszą kulturę narodową i zwyczajnie cieszy ucho. Dla dzisiejszej młodzieży jest to twór skrajnie anachroniczny i pozbawiony wartości rozrywkowej. Żaden młokos nie sięgnie po tę muzykę, a szkoda. Zabytek nie znaczy tyle co zbytek. Ten longplay to jak dotąd najpełniejsza definicja Basi, ale nie wierzę że wyczerpuje jej możliwości. Stąd 9/10 dla naszego najlepszego towaru eksportowego. |
Archiwum
Zakładki:
Recenzja.com.pl poleca:
Tagi
![]() ![]()
|